piątek, 6 maja 2016

Prolog

Londyn, 18 sierpnia 1971 roku


Zamyślony mężczyzna siedział w gustownym, jadowiciezielonym fotelu. Naprzeciwko wesoło trzaskał ogień, nie podzielając jego złego humoru.
Ciche pukanie wyrwało go z nostalgii, ledwie słyszalne wymruczał pozwolenie na wejście.
Mineła dłuższa chwila nim raczył spojrzeć na przybysza. Wzrok jego się jednak rozświetlił.
- Cyziu! Usiądź proszę - gestem wskazał jej identyczny fotel po swojej prawej stronie.
- Co z Andromedą ?
- Przychyliłem się do jej prośby i nie zgodziłem się na jej zaręczyny z Lucjuszem. Abraxas oczywiście był zawiedziony, ale uspokoiłem go, przysiegajac wydać za jego syna inną córkę.
Siedząca do tej pory sztywno i z pełną elegancją dziewczyna, gwałtownie się poderwała.
- Spokojnie, Cyziu - przetrzymał ją za rękę, ponownie sadzając w fotelu. - Uwierz mi, wydanie cię za młodego Malfoy'a jest ostatnią rzeczą jakiej bym pragnął.
Idealnie wykrojone, blade usta dziewczyny rozszerzyły się w szerokim uśmiechu. W tym momencie Cygnusowi przypominała zaledwie pięcioletnią siebie, wtedy szczerbatą i z dwoma warkoczami. Dla niego ciągle była tą samą małą dziewczynką.
- Ale Bella...
- Nie znosisz go, a Bellatrix jest obojętne za kogo wyjdzie.
- Lucjusz przecież...
- Ona sobie z nim poradzi. Nie powinienem tego mówić, ale są siebie warci.
- Dziękuję, ojcze!
 Nie zdołała się powstrzymać i niezbyt zgrabnie rzuciła mu się na szyję.
- Dziękuję...
- Dla ciebie wszystko, Cyziu. Ale idź już, matka czeka.
Delikatne trzaśnięcie drzwi ponownie wyrwało go z zamyśleń.
Wyszła.
Była taka szczęśliwa, a to wszystko było tego warte. W rzeczywistości jednak, powodem jego niezgody na zaręczenie jej z Malfoy'em, nie był jej kaprys, to że go nie lubiła. Chodziło o coś znacznie ważniejszego.
On by ją zniszczył.
Była taka delikatna i... Słaba.
Była jego aniołkiem.
A on zdeptałby ten niewinny kwiat.
Jego Narcyzę.